czwartek, 24 grudnia 2009
Sprzątam. Wyrzucam mnóstwo śmieci. Nie ma sensu dłużej tego trzymać. I tak nie spełnią się plany/marzenia/pomysły z nimi związane. Wśród szpargałów znalazłam notesik z fragmentami książek, które bardzo mnie uderzyły. Wszystkie pasują idealnie do mnie. Kilka jest z książki, w której dziewczyna rozpacza po samobójcy. Inne to pustka po śmierci ukochanego. A jeszcze inny to rozpacz po nagłej śmierci ukochanej z "Samotności w sieci". Porządkuję ciuchy. W ręce wpada mi niebieski sweterek. Kupiłam go specjalnie dla Wyśnionego. Byliśmy razem na zakupach i żeby było mu miło kupiłam sobie coś w Jego ulubionym kolorze. Biorę do ręki opakowanie po Jego ulubionych chipsach. Nie wyrzucę. Wytnę duszki i wkleję do albumu z naszymi zdjęciami wakacyjnymi. Jutro się tym zajmę. Wrzucam do pudełek biżuterię i świecidełka. Nigdzie nie ma kompletu, który kupiłam, jak szliśmy na wesele. Zgubiłam chyba. Nie ma też nigdzie kolczyków z naszej ostatniej wizyty w centrum handlowym w Obcym Mieście. Wreszcie odnajduję czerwone pudełeczko. W środku jest pierścionek. Boję się, że też go zgubię. Odkładam na miejsce na regale. Codziennie na nie patrzę i przypominam sobie jak bardzo byłam szczęśliwa. Kiedyś... tak dawno temu. Patrzę jak siostra nawala w klawiaturę i pisze na gg. Ja też tak spędzałam święta. Rok po roku miałam tylko klawiaturę i monitor, bo to rodzinne święta i trzeba być w domu. Nie ważne, że każde z nas melinowało się przed kompem i denerwowało, kiedy to drugie już skończy jeść. Tak bardzo za Nim tęsknię.
Myślałaś, że on zatęsknił za panią śmiercią, a dopadło go życie. Tak to jest, tęskni się za tą panią nie bez powodów. Ona jest jak oczyszczająca fala, jak biały jedwab, jak kryształ, jak nieskazitelna cisza i bezruch, jak sen bez snów. H. Kowalewska "Maska Arlekina"
niedziela, 20 grudnia 2009
Ogołociłam dzisiaj moją norę (nazywaną również garsonierą) z wszystkich rzeczy osobistych. Już tam nie mieszkam(y). Teraz czekam na siły żeby wrzucić jego przybory toaletowe do pieca. Greenpeace musi mi to wybaczyć, bo nie mogłabym zostawić tego na śmietniku w Obcym Mieście, coby nie trafiło w ręce żadnego hasiomaszkietnika. To byłoby straszne. Wyśniony lubił sterylną czystość, a tutaj jego rzeczy dotykałyby jakieś brudne łapska. To myśl nie do zniesienia. Swoją drogą to był mój trzeci dom. Niedługo dotrę do średniej amerykańskiej pod względem miejsc pomieszkiwania. Ależ ja światowa będę! Muszę zamieszkać w świecie ciszy. Piosenki nadal są bolesne. Włączyłam muzykę z drogi na sylwestra. Nie słuchałam tego typu muzyki. I włączył się remiks "i kissed a girl". To nutka z którą kojarzy mi się brama jego domu. Pieprzona pamięć. Jak trzeba to jest czarna dziura, a jak nie trzeba, to zaraz się coś pozornie niewinnego przypomina. Wtedy tyle chciałabym zmienić. I dopowiedzieć te dwa słowa, których nie używałam w ostatnim czasie...
czwartek, 17 grudnia 2009
Byłam tam. Jego tacie nadal łamie się głos. I psy też już mnie nie znają. Byłam tam ostatni raz. Wcześniej miałam głowę pełną myśli i marzeń. To miała być część mojej rodziny. Przejeżdżaliśmy obok takiego nastrojowego hotelu z restauracją. Tutaj miał być mój ślub. Wytworny jak w jego rodzinie, z noclegiem dla dalszej rodziny. Bo w pałacyku byłoby zbyt szpanersko. W radiu leciała piosenka. Come in to my dream let me show you where i've been... nawoływał głos z głśników. To był Jego dzwonek. Przpisany do mnie. Na koniec pojechaliśmy na parking. Kolega driftował. To na tym parkingu spytał, czy chcę być jego dziewczyną. I na tym parkingu następnego dnia driftowali. Wyśniony zabrał już wtedy mnie. To była wyjątkowa wielkanoc. Ze śniegiem i z Wyśnionym. Nadal nie uświadomiłam sobie do końca, że Go już nie ma. Nadal łapę się na myśli, że mógłby napisać. Albo łapę za telefon, żeby napisać, że kocham, że tęsknię. Chodzę po sklepach i szukam prezentów. Zupełnie nie wiem co kupić bratu, ale na każdym kroku widzę coś, co pasowałoby do Wyśnionego. Dzisiaj był to zegarek na ścianę w kształcie opony, z niebieską tarczą. On uwielbiał niebieski. I koła też uwielbiał. A ja chciałam kupić mu kabelki do odpalania auta, kiedy wysiądzie akumulator. Chociaż miał nowy, bo odmówił nam jakiś czas temu posłuszeństwa. OStatnio śnił mi się. Że nie może odejść całkowicie, bo zatrzymuje Go moje rozżalenie. Czyli nawet w ten sposób nie uwolnił się ode mnie.
wtorek, 15 grudnia 2009
Wczoraj opowiadałam koledze o moim śmietniku. Że mam go, bo planowałam przed ślubem zrobić nam taki album z zaskakującymi elementami naszego wspólnego życia. W szufladzie mam skasowane bilety mpk z naszej pierwszej przejażdżki tramwajem (to było przed samymi świętami, miał ubierać choinki w ogródku, a on był ze mną w Obcym Mieście, pojechaliśmy wtedy zobaczyć miejską choinkę). Były tam też serwetki z naszej ulubionej włoskiej knajpki, gdzie chodziliśmy na lody (mówił, że to najlepsze lody w całym Obcym Mieście). I paragony z naszych wspólnych wakacji. I krówki drukowane na naszych ulubionych krówkach wawlowskich (wszyscy się zastanawiają jak ja mogłam tak Wawel z Wedlem połączyć). I nawet princepolowe papierki ze szczęściem. Kiedyś nawet nie pozwoliłam mu wyrzucić paczki po Jego ulubionych prażynkach, żeby wyciąć charakterystyczne duszki z opakowania i przykleić w tym naszym albumie. Mam też zasuszone wszystkie kwiaty, jakie od niego dostałam. Od róż, które kupował mi przy niemalże każdej okazji, poprzez stokrotki z parku, gdzie chodziliśmy na huśtawki i moje ulubione konwalie, które pęczkami kupował na ulicy, bo w kwiaciarniach nie było, aż do słonecznika, którego nie potrafiłam zasuszyć, więc oskubałam z płatków i włożyłam do encyklopedii dla dzieci, a później miałam domalować środek i przykleić dookoła płatki. Nie zrobię już albumu z malutkimi wspomnieniami. Mogłabym zrobić, ale będzie przeszkadzał kolejnym mężczyznom z mojego życia, a jeśli zdecyduję się z kimś być, nie będę mogła go ranić jakimś kwiatkiem z przeszłości. Ale nie potrafię też wyrzucić tego całego śmietnika. A dzisiaj znów dręczę duszę. Oglądam zdjęcia z Obcego Miasta. I miejsc w które chciałabym pójść z aparatem i fotografem. I planuję zaproponować Koledze świąteczny wypad na sushi. Już dawno myślałam o takim wypadzie, bo chciałabym spróbować tego japońskiego cuda. Ale schodziło... I nawet w Paryżu stałam pod drzwiami knajpy z sushi, ale szkoda było czasu na próbowanie, wolałam spacey takimi maleńkimi, handlowymi uliczkami. Muszę coś szalonego na święta wymyślić. Coś, co będzie tak szalone, że nie pozwoli mi zwariować...
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Dzisiaj uświadomiłam sobie, że wolność to wcale nie jest czas, kiedy nie ma się partnera, który chce wiedzieć co robisza. Wolność, to moment, kiedy chcesz i możesz gdzieś jechać. A nie moment kiedy stoi się na dworu i czeka aż ktoś zainteresuje się co robisz. Dla mnie wolnością był Wyśniony. Teraz, gdybym chciała gdzieś jechać, to musiałabym albo prosić kogoś żeby mnie zawiózł, albo prosić, żeby ktoś mi pożyczył auto. A wtedy mówiłam "jedźmy tam". I właściwie za chwilę zamykałam drzwi od auta. Zwłaszcza ostatnie miesiące były wolnością, kiedy mieliśmy nowe auto. Teraz będzie miała je jego siostra. Wszystko się we mnie buntuje przeciwko temu. Ona nie pasuje do takiego auta. Jest za chuda i ma patykowate nogi. Ale prawdziwą tragedią będzie zobaczenie tego auta na ulicy. Bez niego i beze mnie. Już na samą myśl o świętach i kupowaniu prezentów zaczyna boleć mnie brzuch. Mimo to dzisiaj poszłam połazić po sklepach i poszukać prezentu dla mojego chrześniaka. Chyba kupię mu wojskowy helikopter. Niech chociaż on ma, skoro nasz kontyngent nie może się doprosić. Dostanie tego prezenciora jak przyjedzie do dziadków na święta, bo ja nie mam z kim do niego jechać. W tamtym roku Wyśniony mnie woził autem mojej mamy. Wyśnionemu też wybrałam coś na święta. W sklepie świąteczna witryna była zrobiona ze zniczy w kształcie choinek i mikołajów. Wybrałam mikołaja, bo w zeszłym roku opowiadał, że razem z tatą zrobili choinkę z gałązek i zanieśli na grób babci. Może u nich jest taka choinkowa tradycja i w tym roku też dostanie choineczkę.
niedziela, 13 grudnia 2009
Ułożyłam moje trzy tysiące puzzli. Są wszystkie, nawet ten, co go pies zaczął konsumować, ale porzucił pod kaloryferem. Teraz tylko muszę przyklajstrować na tekturę (o ile takową znajdę). Teraz już nie mogę narzekać, że nic mi się nie układa, bo puzzle jednak się ułożyły ;) Teraz potrzebuję już tylko chłopa. Żeby mnie przytulał jak będzie trzeba. I żebym mogła do niego dzwonić, jak tylko mi się smutno zrobi. I żeby po prostu był. Wczoraj oddałam mojej siostrze telefon od Wyśnionego, bo jej dwa się zepsuły. Chyba ucieszyłby się, że mógł komuś pomóc. Zwłaszcza mojej Sis lubił pomagać. Kiedyś nawet jej pracę domową z informatyki zrobił. A ona kazała mi być milszą dla niego. I zachwycała się jego głosem. A jak powiedziała mu, żeby spadał, to cieszył się jak dziecko, że już go zaakceptowała i przyjęła do rodziny. Chyba nie ma osoby, która powiedziałaby, że nie lubi tego mojego Wyśnionego!
środa, 09 grudnia 2009
Dzisiaj pierwszy raz od pogrzebu poczułam się dobrze w mojej pracy. Wrócił taki entuzjastyczny zapał do roboty i nie miałam ani przez chwilę obrzydzenia do ludzi. Nawet chciałam wyjść z kimś do świata. Ale moje koleżanki wolałyby inny dzień łamane przez mają już inne plany. Jego Kolega nawet się ucieszył jak do niego napisałam i chce ze mną iść na piwo. Tylko teraz okazało się, że muszę być wcześniej w pracy i wszystko się zmienia. A z drugiej strony powinniśmy porozmawiać. On jest jedyną pozostałością po moim szczęśliwym życiu...
wtorek, 08 grudnia 2009
Wczoraj wystraszyłam się, że kiedy pojadę do jego rodziców oddać im kluczyki to będą tam one. Jego koleżanki najlepsze. Przecież mogą wspierać na duchu jego rodziców, przecież to były najlepsze przyjaciółki mojego chłopaka. Na pewno zawsze były milsze/grzeczniejsze, ogólnie lepsze ode mnie. Gdyby tak było, to zostawiłabym to wszystko, powiedziała gdzie mogą odebrać pieniądze Wyśnionego i wyszła. Tylko musiałabym spytać jego rodziców, czy to prawda, że chciał ze mną zerwać. Muszę wiedzieć, czy to ode mnie uciekał...
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Dzisiaj wyszłam z domu i w połowie drogi przypomniało mi się, że nie zabrałam telefonu. Machnęłam ręką, bo odkąd Wyśniony nie żyje nikt do mnie nie dzwoni z wyjątkiem szefowej, żeby mnie opierniczyć, a i to z rzadka. Więc jakby nie było, nosiłam w kieszeni zegarek z funkcją rozmów. Ale dzisiaj musiało być inaczej. Zlecenie z Góry. Podać numer komórki i jechać do domu (dla mnie to dom, bo miałam zrobić fotkę sąsiadce). Więc podałam, a jak dobiegłam na przystanek przypomniało mi się, że nie mam przy sobie telefonu! Po 40 minutach odebrałam, bo wróciłam do siebie po telefon. Jak zwykle spierdoliłam. A raczej zawiodłam, bo zlecenie wykonałam. Potrzebuję przerwy. Oby miesiąc wystarczył. Nie wystarczy. Bo ja mogę być zajebista w tym co robię, tylko jak ktoś mnie kocha. Czy miesiąc spędzony w domu, na godzeniu się z rzeczywistością może pozwolić poznać kogoś i zakochać się? Pod moimi oknami nie spacerują tłumy czułych, zaradnych i samotnych facetów. A już tym bardziej z takim zajebistym tyłkiem jak miał Wyśniony! Ha! I wszystko jasne - tyłek Wyśnionego był dla mnie najważniejszy... ;) A tak na serio to jeszcze kochałam jego zębole. Jak się bardzo uśmiechał, to pokazywał takie krzywe, nachodzące na siebie zęby, których się wstydził. A ja je uwielbiałam, dodawały mu takiego uroku osobistego. Uwielbiałam też jego pieprzyka przy ustach. Niecierpiał swoich pieprzyków i mówił, że jest "spieprzony". A ja najbardziej lubiłam właśnie tego. Dostawał jegnego całusa w usta, a jednego w tego pieprzyka. Miał też piękne oczy. Takie grube i równe rzęsy dookoła oczków. Opowiadałam mu, że jak nie da ich naszej córeczce, to go pobije. Bo miał rzęsy wprost wymarzone dla dziewczynki, nic, tylko je wytuszować i strzelać do facetów ;)
niedziela, 06 grudnia 2009
Siedzenie w auli 207 jest dla mnie nie do zniesienia. To był nasz przedostatni weekend. Nocował u mnie, więc czekał na mnie po zajęciach. Żeby było szybciej postanowiłam jechać windą. Pamiętam tylko tą dumę, że to mój kochany chłopak jest tym przystojniakiem, który właśnie podchodzi do drzwi uniwerka. Wtedy przytuliłam się do niego bardzo, bardzo mocno. Dzisiaj prawie rozpłakałam się na warsztatach radiowych. Potrzebuję Jego pomocy. Muszę zmontować dźwięk. On miał fioła na tym punkcie i wysłuchałby mi każdy brum. Nie mam pojęcia jak ja sama będę miała to zrobić... Tak bardzo chciałabym żeby ktoś mnie przytulił. Żeby ktokolwiek chciał się mną zaopiekować. Żebym mogła chwilkę odpocząć od bycia "dzielną"...
sobota, 05 grudnia 2009
Dziś dowiedziałam się po co studentki noszą taaakie wielkie torby. Żeby zmieścić w nich poduszkę. A to był mniej więcej tak: usadowiłam swój ochudły tyłek na siedzeniu i gapię się w okno, gapię się, gapię, aż mnie coś naszło i zerknęłam na pannę naprzeciwko mnie. A ona sobie śpi na poduszce! Przecieram oczy, a ona dalej śpi na poduszce. Czyli nie zdawało mi się. Może powinnam iść w jej ślady, skoro jutro mam okienko??? ;) A dzisiaj najgorzej było na francuskim. Ciągle przypominało mi się coś z naszych wakacji w Paryżu. Ciągle mi gdzieś uciekały myśli. A to chęć żeby jechać na cmentarz, a to jak mnie Wyśniony objął, a to jak mi coś szepnął, jak powiedział, że na nasze 2,5 roku kupi mi pierścionek, a to znów coś innego. Takie maleńkie drobne wspomnienia wyłażą z mojej głowy co chwilę. Dopadają mnie na uczelni, na ulicy, w autobusie. Są wszędzie. I nie mogę uwierzyć, że nie będzie ich więcej. Nadal nie wierzę, że Wyśnionego już nie ma, że jest tylko wspomnieniem. Dzisiaj zastanawiałam się też, czy wtedy zabrał ze sobą telefon, czy zostawił go w swoim pokoju. Czy gdybym zadzwoniła, to czy byłaby szansa żeby tego nie zrobił, czy zwyczajnie nie usłyszałby, że dzwonię? Czy miałam szansę coś zrobić? Czy dał mi tą ostatnią szansę, którą zmarnowałam?
piątek, 04 grudnia 2009
Jutro idę do szkoły. Postanowiłam. Obym tylko nie zrobiła jak tydzień temu. Obudziłam się przed budzikiem i rozmyślałam. Skończyło się na tym, że dopadły mnie mdłości i uznałam, że nie jestem w stanie wsiąść do cuchnącego autobusu i ie puścić pawia. Wstałam, zaparzyłam sobie herbatkę miętową i wróciłam do łóżka. Pomogło. Boję się tej szkoły. Dzisiaj niby jestem spokojna, ale nie wiem co będzie jutro, jak znów zobaczę nas depczących po gwiazdach na Pietrynie, albo przechodząc obok parkomatu przypomnę sobie, że to tutaj zostawiliśmy cienkiego, a później nie mogliśmy znaleźć (tzn. Wyśniony znalazłby, ale ja ciągnęłam w inną stronę. On zawsze wiedział, gdzie jego skarb...), albo znów pojawi się to okropne zdanie "nie zdążyliśmy..." No pięknie! Znów mnie mdli.
środa, 02 grudnia 2009
Dzisiaj tak strasznie tęsknię. Dzisiaj wybierałam znicza, którego Mu zawiozę na mikołajki. Nic nie wybrałam. Wolałam kupować czekoladowe figurki. Uwielbiał czekoladę. Mówił, że lubi wszystko, co słodkie. Ja wtedy pytałam, dlaczego ja, bo przecież nie jestem słodka. Mówił, że jestem. Jutro powinniśmy jechać na festiwal czekolady. Planowałam to już od roku. Poszłam na zajęcia i przeglądając portale informacyjne, znalazłam informację o tym festiwalu. Wróciłam do mieszkania i spytałam, czy jedziemy, zamiast siedzieć w tej norze. Odpowiedział tylko, że nie ma kasy na paliwo. Gdyby miał, od razu spełniłby moją zachciankę! Wtedy postanowiłam, że na następny festiwal musimy jechać. Cholera... Czasem już nie mam siły i pojawia się myśl, że On to zrobił specjalnie. Właśnie teraz, kiedy się kłóciliśmy, żebym miała wyrzuty sumienia. Żeby mnie to bardziej zabolało. Ale On taki nie był. Nie skrzywdziłby mnie... Nie spodziewałam się, że zabierze mi wszystko, co mam. Bo miałam tylko Jego. Był najważniejszy. To dzięki niemu byłam tym, kim byłam, bo czułam się kochana. Tylko tyle, ale to było aż tyle.
|
|